niedziela, 17 marca 2013

Part 6; cześć - epilog


    I obudziła się. Zasłoniła twarz dłonią, bo wpadające słońce raziło ją w oczy.
    - Rozalka! – krzyknął Bartek. – Telefon dzwonił!
    Była kompletnie zmieszana. Dotknęła czoła. Było mokre. Tak samo jak koszulka i cała reszta ciała. Bartek siedział obok na łóżku. Uśmiechał się i trzymał jej telefon.
    - Boże… - jęknęła i schowała twarz w poduszce.
    - Ciężka noc? – spytał, unosząc brew.
    - Można tak powiedzieć. Chwila… a ty co tutaj robisz?
    - Już nic nie pamiętasz? – Pokręciła głową. – Już nigdy więcej nie pij wina, dobrze?
    - Wina? – zdziwiła się.
    - Wiesz, padało, więc zostałem u ciebie na noc. I otworzyłaś wino, które, notabene, wypiłaś prawie sama! – zaśmiał się. – Ale nie martw się, spałem na kanapie.
    Rozalia powoli zaczęła sobie wszystko przypominać i odetchnęła z ulgą.
    - To ja pójdę wziąć prysznic…
    - Tylko szybko, bo ci kawa wystygnie! – krzyknął Bartek. – A, Rozalia, telefon ci dzwonił. Z pięć razy! Jakiś Michał! – dodał, gdy Rozalia była już w łazience.
    - Co?! – ryknęła i momentalnie podbiegła do Bartka. – Daj mi ten telefon.
    Natychmiast wyrwała go z dłoni Bartka i wybrała numer do Michała. Odebrał po pierwszym sygnale.
  - Michał, co ty sobie myślisz?! – warknęła do słuchawki.
  - Rozalia, spokojnie. Musiałem wyjechać do mojej mamy, miała mały wypadek. Już jestem w Łodzi. Ty mi lepiej powiedz, co się dzieje? Przyjeżdżam na komisariat i dowiaduję się, że zrezygnowałaś. I mam prowadzić śledztwo z Tomkiem.
   - No jasne, Terliński – westchnęła.
   - Co z nim?
   - Odsunął mnie. Ale skoro już masz prowadzić to śledztwo z Tomkiem, to zrób to. – Rozalia uśmiechnęła się krzywo.
    - Ale my już skończyliśmy śledztwo. A raczej Tomek. Wczoraj przyznał się chłopak ofiary. Dziwna sprawa, dziwna. – Rozalia usłyszała dźwięk zapalniczki, jak Michał zaciąga się, zatrzymuje dym w płucach i go wypuszcza. – No, a my się widzimy jutro w pracy. Cześć.
    I rozłączył się. Rozalia zamknęła za sobą drzwi od łazienki. Zmyła z siebie resztkę dzisiejszego snu, który był bardzo dziwny. Po dziesięciu minutach wróciła do Bartka, który robił kanapki z serem i pomidorem.
    Dziś było jakoś nieswojo. Rozalia milczała, jakby bała się reakcji Bartka, a on nie wiedział, co powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co ma powiedzieć.
    - Muszę iść – powiedział, wstając. – Dziś deszcz nie pada, więc nie wrócę. – Uśmiechnął się blado.
    Milczała, wpatrując się w jego błękitne tęczówki.
    - No to pa. – Zarzucił na siebie kurtkę, nieśmiało musnął wargami jej policzek i wyszedł, cicho zamykając drzwi.
     Od ich ostatniego spotkania minęły trzy tygodnie. Rozalia chciała do niego zadzwonić, zapytać o coś, ale gdy już trzymała telefon w dłoni, nie mogła wcisnąć zielonej słuchawki. Zwyczajnie się bała. A może duma jej na to nie pozwalała? Czasem coś o nim słyszała w telewizji; że zaczęły się mecze, że Skra walczy o mistrzostwo Polski, że w Bartku nadzieja. Pomyślała, że pewnie nie ma dla niej czasu. Ale coś zaczęło być nie tak, gdy mistrzostwa się skończyły, a Bartosz nadal nie dzwonił. Rozalia chodziła do „Magnoliowego łuku” jeszcze częściej. Miała nadzieje, że spotka go tam, ale Bartek nie pojawił się tam ani razu.
    Dopiero gdy zaczął się czwarty tydzień spotkała go na mieście, w zatłoczonej uliczce, a słońce raziło ją w oczy.
    - Cześć.
    - Cześć.
    I na tym się skończyło. Stali obok siebie. Rozalia patrzyła na niego przez swoje przeciwsłoneczne okulary i chyba zaczęła się uśmiechać.
    - Czemu się nie odzywałaś? – spytał po chwili.
    - Wiesz, to działa w dwie strony – odparła, uśmiechając się zadziornie.
    - Więc teraz to będzie moja wina?
    - Tak, a moja?
    - Nie wiem. – Bartosz wzruszył ramionami. – Mam ochotę na ciasto, a ty?
    - Przecież nie lubię ciast – powiedziała, krzyżując ręce na piersi.
    - Ciasto mojej mamy polubisz. Są świetne. I może Kuba, mój brat, też coś upiekł. On lubi się bawić w takie coś. Za to ja w ogóle nie mam do tego głowy… Kiedyś próbowałem upiec murzynka, ale taki zakalec mi wyszedł! - Bartek złapał ją za rękę i dalej przemierzali zatłoczone uliczki Łodzi, rozmawiając o ciastach.

_______
kooooooniec!
Tak się kończy opowieść o Bartku i Rozalce. Piękna ta niedziela, Pyśki :))  
Widzimy się na mania-opowiadania! ♥

poniedziałek, 11 marca 2013

Part 5; surrealistyczny obraz


Następnego dnia Rozalię nie obudził ani budzik, ani Feliks, ani też promienie światła. Obudziło ją głośnie pukanie do drzwi, naprzemiennie z dźwiękiem dzwonka. Znów pomyślała o Magdzie, potem o Michale, ale znów był to Bartosz. 
    Tym razem nie miał na sobie tego, co zwykle, czyli krótkich Convers'ów, jasnych jeansów, granatowej koszuli i niebieskiej, przeciwdeszczowej kurtki. Tym razem założył czarne Adidasy, czarne spodnie, z lekko zwężoną nogawką, białą koszulkę i czarną, skórzaną kurtę. No i oczywistością były okulary przeciwsłoneczne. 
    - Wyjeżdżasz gdzieś? - spytała Rozalia, przecierając oczy. 
    - Nie, czemu pytasz? Przecież miałem ci pomóc...
    - Ale, Bartek, to nie będzie miało sensu. Nic nie zdziałamy. Ja bym bardzo chciała rozwiązać tę sprawę, ale sam widzisz, że nie mogę.
    - Gadanie. Ubieraj się. Ale już! 
    Rozalia nie była do końca przekonana o słuszności tego pomysłu, aczkolwiek uległa Bartkowi i jego urokowi osobistemu. 
    - To gdzie najpierw? - spytała Rozalia, wsiadając do czarnego Audi Bartosza.
    - Hm... a czy ofiara coś studiowała? - spytał po chwili Bartek, odjeżdżając z parkingu.
    Rozalia zaczerwieniła się, bo był chłopak niezły. 
    - Tak, tak. Architekturę. Skręć w lewo i będziemy prawie na miejscu.
    Bartek zrobił to, co kazała mu Rozalia. Po chwili stali przed wielkim budynkiem, do którego wchodziło mnóstwo ludzi. Weszli do środka i zaczęli pytać o Kamilę, ale nikt jej nie kojarzył. W końcu rozpoznała ją jakaś dziewczyna. Karolina Wilk.
    - To jest Kamila. A coś się stało? – spytała, kątem oka patrząc na chłopaka, który stał przy oknie. Rozalia wyczuła jej niepewność i strach.
    - Nie żyje, chcesz coś jeszcze powiedzieć?
    Cały czas mówiła Rozalia. Bartek tylko stał, słuchał i próbował nie rzucać się w oczy.
    - Nie żyje? Ale… - urwała. – Przepraszam, muszę iść na zajęcia.
    Bartek spojrzał się wymownie na Rozalię, która już nic z tego nie rozumiała.
    - Przecież ona coś wie, czuć to na kilometr – stwierdził Bartek, krzyżując ręce na piersi.
    - No, racja. A widziałeś tego chłopaka? – Bartosz kiwnął głową. – Z nim też musimy pogadać.
    Obydwoje wrócili do samochodu i nie za bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić. Jedynym punktem zaczepienia była ta dziewczyna.
   - Jeść mi się chce – mruknął cicho Bartek.
   - Mi też… - odparła Rozalia, zaglądając do torby, z nadzieją, że jest tam jeszcze wczorajsza kanapka.
   - Chcesz pierogi?
   - Pierogi?
   - Tak, niedaleko była jakaś budka z pierogami. Skoczę i przyniosę kilka – zaproponował.
   - Okej, idź.
    Rozalia została sama. Znów zaczęło ją kusić, by zadzwonić do Michała, ale była prawie pewna, że znów włączy się poczta. Dostała za to SMS’a od Magdy. „Jak z Bartkiem?”. Rozalia uśmiechnęła się szeroko, ale nic jej nie odpisała, bo jej siostra i tak by w to nie uwierzyła.
   Nagle ktoś otworzył drzwi. Rozalia była pewna, że to Bartek, ale był to chłopak z uczelni.
   Wzdrygnęła się.
    - Chyba musimy pogadać – powiedziała stanowczo.
    - O niczym nie będziemy rozmawiać. Pojedziemy gdzieś – odparł, odpalając samochód.
    Rozalia na razie nie protestowała. Była pewna, że ten chłopak chce jej coś powiedzieć o śmierci Kamili, że ma dobre zamiary. A on jechał coraz szybciej. Rozalia wyjęła telefon i wybrała numer Bartka. Chłopak wyrwał jej komórkę i wyrzucił ją przez okno.
    - Hej! Mogę wiedzieć gdzie jedziemy?! – warknęła Rozalia, próbując jakoś zatrzymać samochód, ale mało co mogła zdziałać, bo doprowadziłaby do wypadku.
    Chłopak nie odpowiedział. Przyspieszył jeszcze bardziej. Rozalia wbiła się w siedzenie i mocno chwyciła za zagłówek. Jechali gdzieś poza miasto. Wszędzie były tylko lasy, błoto, a na dodatek zaczynało padać. Znów.
    Rozalia łapczywie wdychała powietrze. Krew szybciej pulsowała. Byli na jakimś polu. Pustym polu. Niedaleko płynęła rzeka. Słońce prawie schowało się za szarymi chmurami. Gdzieś w oddali widać było klucz ptaków. Wszystko to tworzyło surrealistyczny obraz. Było coś w tym niepokojącego i dziwnego.
    - Zabiłeś ją, prawda? – Rozalia próbowała zachować spokój.
    - Wysiadaj – rzucił obojętnie.  
     Rozalia wyczuła niepokój i zdenerwowanie. Chciała do niego podejść i mu pomóc, ale bała się jego reakcji.
     - Posłu… - zaczęła cicho.
     - Wysiadaj! – warknął i wyjął pistolet z kurtki.
      Rozalia głośno przełknęła ślinę i powoli wysiadła z samochodu. Oparła się o maskę. Ręce trzymała cały czas w górze. Serce zaczęło bić jej szybciej, była bezradna. Liczyła tylko na cud.
     - Pomogę ci! – krzyknęła.
     Zrobiła to, będąc w kompletnej desperacji. Nie miała doświadczenia w takich sytuacjach. Zaczęła żałować, ze w ogóle zgodziła się na śledztwo. Powinna teraz być w domu i popijać kawę, czytając gazetę bądź oglądając telewizję.
      Nie odpowiedział.
      Zacisnął usta w cienką kreskę. Pistolet miał wycelowany w jej stronę. Chyba coś w nim pękło. Rozalia dojrzała łzę w kąciku oczu. Zmiękł, to była jedyna szansa.
      - Daj sobie pomóc…
      Nagle usłyszeli dźwięk silnika. Na pole wjechał granatowy, stary Opel. Obydwoje byli zaskoczeni. Rozalia odskoczyła.
      Z samochodu wysiadł przerażony i zdenerwowany Bartek. A potem dziewczyna, z którą rozmawiała Rozalia.
      Chłopak głośno zaklął. Wszystko odbiło się echem.
      Bartek zrobił krok w stronę Rozalii.
      - Stój! – warknął, wymachując pistoletem. Już nie wiedział, do kogo ma celować.
      Kurek zagryzł wargę i zmarszczył brwi.
      - Kacper, proszę, opanuj się! – krzyknęła Karolina. – To już koniec…
       Nie odpowiedział.
        Bartek patrzył z niepokojem na Rozalię. Zrobił kilka kroków do przodu aż w końcu dzielił ich tylko metr.
     Wtedy padł strzał.
     Kacper upuścił pistolet, uklęknął i zaczął płakać. Podbiegła do niego Karolina, która kopnęła pistolet i zaczęła przytulać go do siebie. Powtarzała, że wszystko będzie dobrze.
     Rozalia bezwiednie upadła na zimną ziemię. Bartek szybko do niej podbiegł. Złapał ją za dłoń, która z minuty na minuty robiła się coraz bardziej zimna.
    - Rozalka… - szepnął ze łzami w oczach.
    Szybko wyjął komórkę i zadzwonił po pogotowie.
    - Rozalka… - powtórzył błaganie i pocałował ją w czoło. – Proszę…
    Była słaba. Bardzo słaba. W jej głowie huczało. Widziała rozmazanego Bartka i…i…

______
hahahaha, ja pieprze, możecie się śmiać, pozwalam Wam, ten rozdział jest beznadziejny, ale i ostatni. Przed nami jeszcze Epilog, trzymać się!! :*

sobota, 2 marca 2013

Part 4; Deszcz


   Rozalia skierowała się do samochodu. Dała sobie spokój z Michałem i miała nadzieję, że to się szybko wyjaśni. W domu miała dużo więcej zmartwień. Naczynia stały nie pozmywane, łóżko było nie pościelone, dywan nie odkurzony, podłogi nie pozmywane, okna brudne, lustra z odciskami palców, umywalka pełna włosów, a na dodatek Feliks znów oduczył się sikania do kuwety, więc wszędzie były kocie siki.  Rozalia zostawiła torebkę na kanapie, przebrała się w jakieś stare dresy i zaczęła sprzątać. Przestała myśleć o Michale, sprawie z zabójstwem i wszystkim innym, o czym do tej pory myślała. 
    Po jakiejś godzinie, może dwóch usłyszała dzwonek do drzwi. Z początku pomyślała o Magdzie, a potem na myśl przyszedł jej Michał. Szybko oderwała się od wycierania okien i podbiegła do drzwi. 
   - Bartek? 
   Rozalia zmarszczyła brwi i zaczęła go lustrować. Zdziwiło ją to, że w lewej dłoni trzymał jakieś wielkie pudło. 
   - Cześć, słyszałem, że masz jakiś problem z kranem - odparł, rozglądając się dookoła. 
   - A od kogo to słyszałeś? 
   - Od tej kelnerki... Magdy? Tak, miała na imię Magda. Powiedziała, że masz jakiś problem i spytała się, czy może mógłbym ci pomóc... 
    Rozalia zaśmiała się i przetarła twarz dłonią. 
     - Zaszło jakieś nieporozumienie... Ja  nie mam problemu z kranem. Magdzie chyba coś się pomyliło. 
     - To może w czymś innym ci pomogę? Widzę, że sprzątasz. Ja niezbyt to lubię, ale i tak nie mam, co robić, a w domu pewnie oglądałbym coś w telewizji i jadł ptysie. 
    Rozalia cicho zachichotała. 
    - Jeśli chcesz, to zapraszam. - Uchyliła szerzej drzwi i wpuściła Bartosza do środka. Od razu podbiegł do niego Feliks, ocierając się o nogawkę spodni. 
    - Fajny kot - mruknął, biorąc go na ręce. 
    - Tak, ale uważaj, strasznie linieje. 
    Bartek odłożył Feliksa z powrotem na podłogę. Spojrzał na swoją koszulę, która była cała w białej sierści. Zaczął się otrzepywać, ale mało co to dało. 
    - Mówiłam... - powiedziała Rozalia, krzyżując ręce na piersi. - Czasem myślę, żeby mu zmienić imię na Sierściuch, zamiast Feliks. No, ale... Wolisz dywan, czy okna? 
    - To ja wezmę dywan i go wytrzepię, a ty w tym czasie umyjesz podłogę. 
    - Perfecto.  
    Zeszło im się tak z tym sprzątaniem jeszcze godzinę. Nie rozmawiali, tylko czasem Bartek pytał się, gdzie jest Pronto bądź ścierki. Dopiero koło godziny szesnastej spokojnie usiedli przy stole w kuchni. 
   - Herbata, kawa, woda, ewentualnie sok pomarańczowy - powiedziała Rozalia z delikatnym uśmiechem. 
   - Woda będzie okej. 
   Rozalia wyjęła dwie szklanki, nalała do nich wody i postawiła je na stole.
   - Rozumiem, że dziś miałeś wolne popołudnie, tak? 
   - Na szczęście. A ty?
   - U mnie to trochę bardziej skomplikowane. 
   - Lubię skomplikowane sprawy. Więc?
   - Więc prowadziłam pewną sprawę, ale zostałam odsunięta. I mam taki mały urlop. A na dodatek mój partner gdzieś wyjechał i nic mi nie powiedział. 
    - Partner? - Bartek uniósł brew do góry. 
    - Partner z pracy. Michał. 
    - Mhm... I co jeszcze powiesz? 
    - A co chcesz wiedzieć? 
    - Wszystko. 
    Rozalia zaśmiała się i sięgnęła po butelkę z wodą. 
     - Nie wiem, czy wszystko mogę, Kurek. 
     - O, wiesz, jak się nazywam - odparł wyraźnie zadowolony Bartek. 
     - Człowieku, ciebie chyba każdy w Polsce zna. 
     - Czy mam się czerwienić? - zaśmiał się. 
     - Nie wiem, to nie ja jestem sławna. 
     - No tak... A czemu odsunięto cię od sprawy? - zmienił temat. 
     - Ah, serio chcesz tego słuchać? - westchnęła Rozalia, przeciągając się. Bartek kiwnął głową. - Mój szef jest dość... Specyficzny. Ale najwidoczniej nie byłam zbyt dobra. Przecież ot tak by mnie nie odsuwał. 
    W głębi duszy czuła zupełnie inaczej, ale Bartka znała zbyt krótko, by opowiadać mu wszystko. 
     - No a czego dotyczyła ta sprawa? 
     - Chyba nie powinnam ci tego mówić, nie sądzisz? - Rozalia upiła łyk wody. 
     - I tak zaraz będzie wszystko w gazetach. Co za różnica, czy dowiem się dziś czy jutro? Rozalka...
     Jego "Rozalka" zabrzmiało tak delikatnie i czysto. Dotknął jej zimną dłoń. Wzdrygnęła się. Przeszyła ją fala gorąca. Zamknęła oczy. Poczuła oddech Bartka na swojej szyi. Już nawet zapomniała, jak to jest. 
     - Przestań - wycedziła, otwierając oczy.
     - Czemu? 
     - Bo się zakocham.  - Uśmiechnęła się blado i spuściła głowę. - A jeśli chodzi o sprawę, to było to morderstwo. Ciało znalezione w jednej z kamienic. Wiesz, margines społeczny i tak dalej... Ofiarą była młoda dziewczyna. Mieszkała z babcią, lecz ona nic nie wie. No i ofiara była w ciąży. I jeszcze jedno jest tajemnicze. Gdy spytaliśmy babcię o ojca ofiary, powiedziała, że ona nie miała ojca. Dziwne, dziwne. 
    - Ja bym najpierw ustalił, kto jest ojcem. Trzeba szukać świadków, co nie? No i dokładnie trzeba przepytać tych, co tam mieszkają. 
    - Pytaliśmy, nic nie mówią. 
    - Albo nie chcą - zauważył Bartek i uśmiechnął się zawadiacko. 
    Rozalia była pod wrażeniem jego toku rozumowania. Nawet ona tak szybko na to nie wpadła, a on to stwierdził po krótkim streszczeniu sprawy. 
    - Wiesz, ja teraz mam wolne, że tak powiem. Mogę ci pomóc - powiedział dość niepewnie.
    - Przecież mnie odsunęli od sprawy. 
    - No i co? Zawsze możesz prowadzić własne śledztwo. Co będziesz robić sama w domu przez kilka następnych dni. Nic, bo dziś już posprzątałaś. No ewentualnie mogłabyś iść na zakupy, ale nie wyglądasz na typową zakupoholiczkę. Za to nasz fajną dziarę na plecach - powiedział jednym tchem. 
    - Skąd wiesz, że mam dziarę? 
    - Powinęła ci się bluzka, kiedy sięgałaś o wodę. Widziałem kawałeczek, ale jeśli chcesz, możesz pokazać mi całą resztę. - Bartek poruszył brwiami. 
    - A spadaj, Kurek. Będzie na to jeszcze wiele innych wieczorów. 
    Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała. A raczej palnęła bez sensu. 
    - Czyli mam się czuć zaproszony na jutro? - spytał wyraźnie podekscytowany. 
    - Zadzwonię, jak będę potrzebowała sprzątaczki - zaśmiała się Rozalia, która była coraz bardziej czerwona na policzkach. 
    - Ale tak teraz na poważnie. Chciałabyś mojej pomocy? - Bartek oparł się łokciami o stół. 
    - W sprzątaniu? 
    - Nie, Rozalka. W śledztwie. Zawsze chciałem być policjantem. Wiesz, tak latać w bronią i w ogóle! No ale potem życie wszystko zweryfikowało. 
   - Ale chyba nie żałujesz?
   - Nie, skąd! Wiesz, teraz przynajmniej jestem sławny. - Bartek dumnie wypiął pierś. - Czas na mnie - powiedział, zerkając na zegarek. 
   - Poczekaj, zjedz ze mną kolację. Tak mi pomogłeś, a ja zupełnie zapomniałam, że pewnie zgłodniałeś. Co sobie życzysz? Naleśniki, jajecznica, tosty, kanapki, a może coś innego? Jakaś zapiekanka bądź.... pierogi - wymieniała Rozalia. 
   - Myślę, że naleśniki będą najlepszym wyjściem. 
   - Wiesz... Ja też tak myślę. Ale tym razem ja wszystko przygotuję. Ty siedź albo idź pooglądaj telewizję. Ewentualnie możesz pobawić się z Feliksem, choć pewnie już cię do siebie zraził. Paskudny sierściuch...
   Bartek zaśmiał się cicho i poszedł do łazienki. Rozalia w tym czasie przygotowała masę. Była nieco zdezorientowana tym obrotem spraw. Wiedziała też, że Magda zaczęła bawić się w swatkę i szybko nie odpuści. Bartek w tym czasie zwiedził mieszkanie Rozalii, obejrzał każde zdjęcie, każdy obraz, każdy mebel. Potem przyszedł do kuchni, zwabiony zapachem smażonych naleśników. 
    - I jak, Sherlocku? - mruknęła Rozalia, odwracając głowę. - Znalazłeś coś? 
    - Hm... Nic ciekawego. Oprócz wielkiej kociej kupy przed drzwiami łazienki. 
    Rozalia zaklęła cicho. 
    - Nie dość, że sierściuch, to wszędzie sra. Skaranie Boskie z tym kotem. No, ale mniejsza z tym. Co chcesz do naleśników? Mam dżem porzeczkowy, dżem truskawkowy, cukier puder, jakiś jogurt, bitą śmietanę, a nawet chyba lody się znajdą...
    - Łołoło, powoli! Myślę, że najlepszy będzie dżem truskawkowy - powiedział Bartek, machając rękami. 
    Rozalia nałożyła mu kilka naleśników, postawiła dżem na stole i dwa kubki z gorącą herbatą. Bartek oczywiście zachwalał, jak to Rozalka dobrze gotuje, że dawno nie jadł tak dobrych naleśników i, że powinni to powtórzyć. 
     - No, teraz to już serio muszę iść. Dochodzi dziewiętnasta. Ale się zasiedziałem! - powiedział, podnosząc się z miejsca. - Miło było i co? Jakbyś potrzebowała pomocy hydraulicznej - służę pomocą!
     - Już mam problem z pewnym Kurkiem, wiesz? - Rozalia wygięła usta w nieznaczny dzióbek.
     - Ha-ha-ha. Bardzo śmieszne. - Bartek zbliżył się do Rozalki tak, że czuł jej oddech na swojej klatce piersiowej. - Problemu to ty nie masz, tylko samo szczęście z takim Kurkiem! Dobranoc, Rozalka. - Musnął ustami jej usta i wyszedł, zostawiając po sobie tylko zapach perfum od Kelvina Clein'a. 
    Po kilku chwilach znów ktoś zapukał do drzwi. Otworzyła je. Stał w nich Bartek.
    - Deszcz.
    Wzruszył ramionami i mocno wpił się w jej usta.

___
hehe, nie podoba mi się, nie sprawdzałam błędów i tak w ogóle to best day ever!!!!!!!
Prosz, Wiki. ;)*